Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 maja 2013

Czekolada reż. Lasse Hallström

           Fontanna czekolady. Obok leżą truskawki i bita śmietana. Powoli, nostalgicznie podchodzisz do stołu pełnego smakowitości. Patrzenie na te cuda już wywołało u Ciebie atak rozkoszy. Po chwili zauważasz jednak, iż oglądanie ich zaczyna sprawiać Ci ból. Przecież tak bardzo chcesz spróbować słodkości. Są one na wyciągnięcie ręki. Przez kilka sekund tworzysz w swej głowie rozrachunek. Zastanawiasz się, jak wiele przyrzeczeń musiałbyś złamać, by spełnić swoje, obecnie, najgłębsze pragnienia. Otumaniony ich widokiem, zapachem, aromatem, bezwiednie wyciągasz martwy, nie należący już do Ciebie palec i zanurzasz w wodospadzie czarnej masy. Kiedy jesteś już pewny, iż jego cała objętość umorusana jest płynem, ostrożnie podnosisz go do ust, tak by nie uronić choć jednej kropli. Wydaje Ci się, że ssiesz palec tylko kilka sekund, w rzeczywistości jednak poświęcasz mu kilka dobrych minut, stwarzając wrażenie, jakby on cały był zrobiony z owoców kakaowca. Twoje nerwy puszczają. Podejmujesz się popełnić niezwykle obrzydliwy, zwierzęcy czyn. Zapominając o jakichkolwiek konwenansach, pazernie wpychasz do swych ust wszystko co słodkie. Nachylasz swą twarz nad płynną czekoladę, pozwalając by wpłynęła Ci ona wprost do rozgrzanego gardła. Nie przejmujesz się tym, iż ludzie wkoło Ciebie wciąż po cichu coś szepcą. Jesteś szczęśliwy. Endorfiny buzują. 

          Do francuskiego miasta, wyznającego skostniałe zasady, przybywa Vianne (Juliette Binoche) wraz ze swoją córką. Kobiety zwracają na siebie uwagę i budzą poważne kontrowersje. Zakładając sklep z czekoladą napełniają serce burmistrza nienawiścią, który podburza społeczność przeciwko nim. Jednak one niezłomnie na przekór walczą o klientów, zaprzyjaźniają się z bandą piratów i usiłują czekoladą wyleczyć ludzkie problemy. Czy uda im się pokonać niechęć i odrzucenie? 

          Jeżeli ktoś z Was wytrwał i przebrnął przez dwa pierwsze akapity to bardzo się cieszę z tego powodu. Są one bardzo ważne. Szczególnie pierwszy. Można bowiem porównać opis owej czekoladowej fontanny do całego filmu, który wciąga, pochłania. Im dalej jesteśmy tym bardziej chcemy się w niego zagłębić i go zasmakować. Fabuła jest bardzo specyficzna. Na tapetę wzięta jest rzecz [czekolada], która w naszych czasach jest całkowicie powszechna. W filmie natomiast jest ona przedstawiona jako "zakazany owoc", dostępny jedynie dla buntowników. Czekolada jako twór samego szatana. Interesujące? 

          Obok genialnego pomysłu, spotykamy nadzwyczajnych aktorów światowej klasy. Johnny Depp, Juliette Binoche, Judi Dench, to ci z najwyższej półki, o których wszyscy reżyserzy biją się rękami i nogami. Oczywiście ich gra wciąż zachwyca, jedynie pogłębiając miłość fanów. Przyjemnie było zobaczyć Depp'a w roli poważnej, mniej prześmiewczej niż pozostałe w jego filmografii. 

           Dość o filmie. Powiedzmy coś o jego przekazie. Brak tolerancji to wciąż aktualny problem. Co prawda świat usiłuje sobie z nim na bieżąco radzić i pokonywać wszelkie dyskryminacje. Jednak my - ludzie, zawsze będziemy mieć w sobie te cechy, które nie będą nam pozwalać przechodzić obojętnie wobec inności. Mamy skłonność do tego, by oceniać "po okładce" i bardzo szybko nabierać uprzedzeń do jednostki, lub co gorsza całej społeczności, tylko dlatego, iż wyznaje ona jakąś ideę, dla nas obcą i dziwną. Oglądając ten film, budzi się w nas dosyć silmy sprzeciw. Uprzedzenia tamtych ludzi wobec Vianne, dla większości z nas są głupie, śmieszne, nieuzasadnione. Na tym polega cała mądrość. Założę się, że coś co dla nas w tym momencie jest rzeczą niewyobrażalną, za sto lat będzie normalnością. Czy nie warto więc zastanowić się, czy nasze awersje nie są absurdalne? 

          Bardzo polecam Wam ten mądry, ale za razem niezwykle lekki film. Jest kierowany do wszystkich. Także siądźcie sobie w domowym zaciszu (choć niekoniecznie samotnie) i zabierajcie się do oglądania. 

8/10

niedziela, 21 kwietnia 2013

P.S. Kocham Cię reż. Richard LaGravenese

          Miłość wydaje się być oczywista. Nikt z nas nie wyobraża sobie dorosłego życia, bez chociażby jej częściowego zasmakowania. Część widzi siebie w szczęśliwej  rodzinie, druga część                                  w sezonowych, krótkich, niezobowiązujących związkach. Powołanie bywa różne. Jedno jest pewne, ludzie zdrowi na umyśle pragną dla siebie jedynie szczęścia. Czy jednak absolutnie wszystko będzie takie piękne i cudowne? Czy mamy gwarancje na sielankę? Niestety jest rzecz, postać, która potrafi pokrzyżować najzacniejsze plany. Bynajmniej nie jest nam ona obca. Nie ulitowała się nad Izoldą            i bezczelnie zabrała jej Tristana. Namieszała w Weronie, karząc nic nie winnych kochanków - Romea i Julię. Mowa tu oczywiście                      o okrutnej, bestialskiej i paradoksalnie bardzo ludzkiej śmierci. Dlaczego ludzkiej? A kto inny jak nie właśnie my jesteśmy zdolni do popełnienia najgorszych czynów w imię naszej zazdrości. To dziwne, że akurat to co najpiękniejsze jest zazwyczaj zabierane przez tę, która za żniwa traktuje ludzkie dusze. 

          P.S Kocham Cię to film mówiący o pięknej, choć zbyt szybko zakończonej miłości. Życie Holly (Hilary Swank) i Gerry'ego (Gerard Bulter) przerywa nagła choroba i śmierć tego drugiego. Kobieta stacza się na skraj rozpaczy i popada w marazm. Pewnego dnia otrzymuje ona list od swego zmarłego męża. Nie może uwierzyć, iż ten, jeszcze przed swoją śmiercią, zaplanował jej przyszły rok życia. Holly dostaje co miesiąc jakieś zadanie, które ma na celu pomóc jej w przeżyciu żałoby. O dziwo ta ochoczo zabiera się do roboty i tworzy wokół siebie piaskowego Gerry'ego, który rozpada się po jednym uderzeniu otaczającej jej rzeczywistości. 

          Jego moc obezwładniająca, całkowicie mnie zdominowała i nakłoniła na sklecenie kilku refleksji. Po pierwsze chciałam was gorąco zachęcić do oglądnięcia tego arcydzieła. Film jest jak dla mnie zupełnie zapomniany przez społeczeństwo. Myślę, że coś tak pięknego i wzruszającego, powinno być wspólnym tematem wielu ludzi. Aktorzy są po prostu genialni. Hilary Swank, jako nieco roztrzepana i szalona osóbka idealnie oddaje charakter tej postaci. Natomiast Gerard Bulter, jak zwykle ocieka seksem i porusza serce nawet najbardziej zimnej feministki. Fabuła jest wartka i zachęcająca. Myślę, że jest to film zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Te pierwsze mają się wzruszyć, a ci drudzy pocieszać panie. Jednak, nie chcę mówić nic więcej o filmie. Postanowiłam, iż to co tu napiszę nie będzie recenzją, tylko moją własną refleksją, która zrodziła się po obejrzeniu tego dzieła. 

          Chciałam wypowiedzieć się na temat powszechnie znany, o którym mówią wszyscy, lecz o którym ja sama, ze względu na brak doświadczenia, wypowiadać się nie powinnam. Jednak wbrew wszelkim podszeptom świadomości, ja stanę się buntowniczką i będę prawić o tym o czym rozmawiają wszyscy inni. Ach ta miłość. Wielka i nieskończona. Podejrzewam, że genezą większości rozwodów, są właśnie książki                  i filmy, piekielnie romantyczne, które prezentują zupełnie nierealne i wyolbrzymione historie "z życia wzięte". Tak więc, oprócz pogłębienia mojego już zdecydowanie wystarczająco głębokiego romantyzmu, w moim umyśle po obejrzeniu tego filmu zrodziła się jeszcze jedna rzecz. Po raz pierwszy zdobyłam się na podważenie prawdy, którą chce nam on przekazać. Zastanawiam się, czy owa miłość, tak doskonała,                  o której piszą i mówią ci Najwięksi, nie jest jedynie absurdem porównywalnym z istnieniem wampirów, demonów, czy zombie. Czysta hipokryzja. Jak osoba, która w skrajny sposób opiera się na uczuciach, może wykluczać ich istnienie? Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak. W obecnych czasach zacierają się wszystkie granice. Ludzie tracą samych siebie. W pewnym momencie swojego życia, każdy napotyka wątpliwości, co do wszystkiego, nawet tego co wcześniej wydawało się być zupełnie niepodważalne. W tym momencie zmierzam do sedna sprawy, o której chciałam wam powiedzieć. Bezczelnie włażąc w wasze życia, w tym momencie dam zarówno wam, jak i samej sobie radę. Nie warto się łamać. I choć te wszystkie wątpliwości, o których wcześniej pisałam się być może sprawdzą, to wolę żyć w substytucie szczęścia, niż przez swoje wymagania w ogóle go nie dosięgnąć. Jak to się mówi... darowanemu koniowi nie patrzy się               w zęby. Także do dzieła! Czyńcie swoje życia pięknymi i przypadkowo szczęśliwymi. Ważne byście wierzyli w to co robicie. Tyle wystarczy. 


          Szczerze zachęcam was do oglądnięcia tego filmu. Mam nadzieję, że może i w was wywoła on choć trochę podobne odczucia. Ważne, żeby ze wszystkiego wyciągnąć jakieś wnioski. Polecam! 

8/10


P.S.: Postanowiłam zrobić małe przemeblowanie. Ograniczyłam swoją wolność pisząc jedynie o książkach                i właśnie mam zamiar to zmienić. Także w tym momencie, oznajmiam, że wszystko co mi ślina przyniesie na język, będzie tu umieszczane. "Niech żyje wolność.. Wolność i swoboda." Rozbijam ramy, które na siebie początkowo nałożyłam, właśnie od tej notki o filmie.