Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ameryka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 maja 2013

Czekolada reż. Lasse Hallström

           Fontanna czekolady. Obok leżą truskawki i bita śmietana. Powoli, nostalgicznie podchodzisz do stołu pełnego smakowitości. Patrzenie na te cuda już wywołało u Ciebie atak rozkoszy. Po chwili zauważasz jednak, iż oglądanie ich zaczyna sprawiać Ci ból. Przecież tak bardzo chcesz spróbować słodkości. Są one na wyciągnięcie ręki. Przez kilka sekund tworzysz w swej głowie rozrachunek. Zastanawiasz się, jak wiele przyrzeczeń musiałbyś złamać, by spełnić swoje, obecnie, najgłębsze pragnienia. Otumaniony ich widokiem, zapachem, aromatem, bezwiednie wyciągasz martwy, nie należący już do Ciebie palec i zanurzasz w wodospadzie czarnej masy. Kiedy jesteś już pewny, iż jego cała objętość umorusana jest płynem, ostrożnie podnosisz go do ust, tak by nie uronić choć jednej kropli. Wydaje Ci się, że ssiesz palec tylko kilka sekund, w rzeczywistości jednak poświęcasz mu kilka dobrych minut, stwarzając wrażenie, jakby on cały był zrobiony z owoców kakaowca. Twoje nerwy puszczają. Podejmujesz się popełnić niezwykle obrzydliwy, zwierzęcy czyn. Zapominając o jakichkolwiek konwenansach, pazernie wpychasz do swych ust wszystko co słodkie. Nachylasz swą twarz nad płynną czekoladę, pozwalając by wpłynęła Ci ona wprost do rozgrzanego gardła. Nie przejmujesz się tym, iż ludzie wkoło Ciebie wciąż po cichu coś szepcą. Jesteś szczęśliwy. Endorfiny buzują. 

          Do francuskiego miasta, wyznającego skostniałe zasady, przybywa Vianne (Juliette Binoche) wraz ze swoją córką. Kobiety zwracają na siebie uwagę i budzą poważne kontrowersje. Zakładając sklep z czekoladą napełniają serce burmistrza nienawiścią, który podburza społeczność przeciwko nim. Jednak one niezłomnie na przekór walczą o klientów, zaprzyjaźniają się z bandą piratów i usiłują czekoladą wyleczyć ludzkie problemy. Czy uda im się pokonać niechęć i odrzucenie? 

          Jeżeli ktoś z Was wytrwał i przebrnął przez dwa pierwsze akapity to bardzo się cieszę z tego powodu. Są one bardzo ważne. Szczególnie pierwszy. Można bowiem porównać opis owej czekoladowej fontanny do całego filmu, który wciąga, pochłania. Im dalej jesteśmy tym bardziej chcemy się w niego zagłębić i go zasmakować. Fabuła jest bardzo specyficzna. Na tapetę wzięta jest rzecz [czekolada], która w naszych czasach jest całkowicie powszechna. W filmie natomiast jest ona przedstawiona jako "zakazany owoc", dostępny jedynie dla buntowników. Czekolada jako twór samego szatana. Interesujące? 

          Obok genialnego pomysłu, spotykamy nadzwyczajnych aktorów światowej klasy. Johnny Depp, Juliette Binoche, Judi Dench, to ci z najwyższej półki, o których wszyscy reżyserzy biją się rękami i nogami. Oczywiście ich gra wciąż zachwyca, jedynie pogłębiając miłość fanów. Przyjemnie było zobaczyć Depp'a w roli poważnej, mniej prześmiewczej niż pozostałe w jego filmografii. 

           Dość o filmie. Powiedzmy coś o jego przekazie. Brak tolerancji to wciąż aktualny problem. Co prawda świat usiłuje sobie z nim na bieżąco radzić i pokonywać wszelkie dyskryminacje. Jednak my - ludzie, zawsze będziemy mieć w sobie te cechy, które nie będą nam pozwalać przechodzić obojętnie wobec inności. Mamy skłonność do tego, by oceniać "po okładce" i bardzo szybko nabierać uprzedzeń do jednostki, lub co gorsza całej społeczności, tylko dlatego, iż wyznaje ona jakąś ideę, dla nas obcą i dziwną. Oglądając ten film, budzi się w nas dosyć silmy sprzeciw. Uprzedzenia tamtych ludzi wobec Vianne, dla większości z nas są głupie, śmieszne, nieuzasadnione. Na tym polega cała mądrość. Założę się, że coś co dla nas w tym momencie jest rzeczą niewyobrażalną, za sto lat będzie normalnością. Czy nie warto więc zastanowić się, czy nasze awersje nie są absurdalne? 

          Bardzo polecam Wam ten mądry, ale za razem niezwykle lekki film. Jest kierowany do wszystkich. Także siądźcie sobie w domowym zaciszu (choć niekoniecznie samotnie) i zabierajcie się do oglądania. 

8/10

niedziela, 21 kwietnia 2013

P.S. Kocham Cię reż. Richard LaGravenese

          Miłość wydaje się być oczywista. Nikt z nas nie wyobraża sobie dorosłego życia, bez chociażby jej częściowego zasmakowania. Część widzi siebie w szczęśliwej  rodzinie, druga część                                  w sezonowych, krótkich, niezobowiązujących związkach. Powołanie bywa różne. Jedno jest pewne, ludzie zdrowi na umyśle pragną dla siebie jedynie szczęścia. Czy jednak absolutnie wszystko będzie takie piękne i cudowne? Czy mamy gwarancje na sielankę? Niestety jest rzecz, postać, która potrafi pokrzyżować najzacniejsze plany. Bynajmniej nie jest nam ona obca. Nie ulitowała się nad Izoldą            i bezczelnie zabrała jej Tristana. Namieszała w Weronie, karząc nic nie winnych kochanków - Romea i Julię. Mowa tu oczywiście                      o okrutnej, bestialskiej i paradoksalnie bardzo ludzkiej śmierci. Dlaczego ludzkiej? A kto inny jak nie właśnie my jesteśmy zdolni do popełnienia najgorszych czynów w imię naszej zazdrości. To dziwne, że akurat to co najpiękniejsze jest zazwyczaj zabierane przez tę, która za żniwa traktuje ludzkie dusze. 

          P.S Kocham Cię to film mówiący o pięknej, choć zbyt szybko zakończonej miłości. Życie Holly (Hilary Swank) i Gerry'ego (Gerard Bulter) przerywa nagła choroba i śmierć tego drugiego. Kobieta stacza się na skraj rozpaczy i popada w marazm. Pewnego dnia otrzymuje ona list od swego zmarłego męża. Nie może uwierzyć, iż ten, jeszcze przed swoją śmiercią, zaplanował jej przyszły rok życia. Holly dostaje co miesiąc jakieś zadanie, które ma na celu pomóc jej w przeżyciu żałoby. O dziwo ta ochoczo zabiera się do roboty i tworzy wokół siebie piaskowego Gerry'ego, który rozpada się po jednym uderzeniu otaczającej jej rzeczywistości. 

          Jego moc obezwładniająca, całkowicie mnie zdominowała i nakłoniła na sklecenie kilku refleksji. Po pierwsze chciałam was gorąco zachęcić do oglądnięcia tego arcydzieła. Film jest jak dla mnie zupełnie zapomniany przez społeczeństwo. Myślę, że coś tak pięknego i wzruszającego, powinno być wspólnym tematem wielu ludzi. Aktorzy są po prostu genialni. Hilary Swank, jako nieco roztrzepana i szalona osóbka idealnie oddaje charakter tej postaci. Natomiast Gerard Bulter, jak zwykle ocieka seksem i porusza serce nawet najbardziej zimnej feministki. Fabuła jest wartka i zachęcająca. Myślę, że jest to film zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Te pierwsze mają się wzruszyć, a ci drudzy pocieszać panie. Jednak, nie chcę mówić nic więcej o filmie. Postanowiłam, iż to co tu napiszę nie będzie recenzją, tylko moją własną refleksją, która zrodziła się po obejrzeniu tego dzieła. 

          Chciałam wypowiedzieć się na temat powszechnie znany, o którym mówią wszyscy, lecz o którym ja sama, ze względu na brak doświadczenia, wypowiadać się nie powinnam. Jednak wbrew wszelkim podszeptom świadomości, ja stanę się buntowniczką i będę prawić o tym o czym rozmawiają wszyscy inni. Ach ta miłość. Wielka i nieskończona. Podejrzewam, że genezą większości rozwodów, są właśnie książki                  i filmy, piekielnie romantyczne, które prezentują zupełnie nierealne i wyolbrzymione historie "z życia wzięte". Tak więc, oprócz pogłębienia mojego już zdecydowanie wystarczająco głębokiego romantyzmu, w moim umyśle po obejrzeniu tego filmu zrodziła się jeszcze jedna rzecz. Po raz pierwszy zdobyłam się na podważenie prawdy, którą chce nam on przekazać. Zastanawiam się, czy owa miłość, tak doskonała,                  o której piszą i mówią ci Najwięksi, nie jest jedynie absurdem porównywalnym z istnieniem wampirów, demonów, czy zombie. Czysta hipokryzja. Jak osoba, która w skrajny sposób opiera się na uczuciach, może wykluczać ich istnienie? Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak. W obecnych czasach zacierają się wszystkie granice. Ludzie tracą samych siebie. W pewnym momencie swojego życia, każdy napotyka wątpliwości, co do wszystkiego, nawet tego co wcześniej wydawało się być zupełnie niepodważalne. W tym momencie zmierzam do sedna sprawy, o której chciałam wam powiedzieć. Bezczelnie włażąc w wasze życia, w tym momencie dam zarówno wam, jak i samej sobie radę. Nie warto się łamać. I choć te wszystkie wątpliwości, o których wcześniej pisałam się być może sprawdzą, to wolę żyć w substytucie szczęścia, niż przez swoje wymagania w ogóle go nie dosięgnąć. Jak to się mówi... darowanemu koniowi nie patrzy się               w zęby. Także do dzieła! Czyńcie swoje życia pięknymi i przypadkowo szczęśliwymi. Ważne byście wierzyli w to co robicie. Tyle wystarczy. 


          Szczerze zachęcam was do oglądnięcia tego filmu. Mam nadzieję, że może i w was wywoła on choć trochę podobne odczucia. Ważne, żeby ze wszystkiego wyciągnąć jakieś wnioski. Polecam! 

8/10


P.S.: Postanowiłam zrobić małe przemeblowanie. Ograniczyłam swoją wolność pisząc jedynie o książkach                i właśnie mam zamiar to zmienić. Także w tym momencie, oznajmiam, że wszystko co mi ślina przyniesie na język, będzie tu umieszczane. "Niech żyje wolność.. Wolność i swoboda." Rozbijam ramy, które na siebie początkowo nałożyłam, właśnie od tej notki o filmie. 

piątek, 25 stycznia 2013

Przybić piątkę - Janet Evanovich

Dzisiaj będzie trochę odmiennie. Wciąż o książkach, ale nieco inaczej. Doszłam do wniosku, że chyba czas na jakąś zmianę. Trochę się martwię, tym jaki będzie efekt i ogólnie jaką formę przyjmie to "coś" co stworzę, dlatego proszę trzymajcie za mnie kciuki. Ale co tam. Jak to się mówi.. na "spontana", wszystko zawsze lepiej wychodzi. 

     Obezwładniająca ciemność. W pomieszczeniu zapadła nieprzyjemna cisza. Strach, wyczekiwanie i skupienie były wręcz namacalne. W końcu do mych uszu, tak wyczulonych na każdy odgłos, doszedł dźwięk odbezpieczania broni. Dopadła mnie skrajna bezradność związana z niemocą i przekonaniem o swojej przyszłej śmierci. Pada strzał. Pierwszy, drugi, w końcu piąty. Pociski lecą celnie, lecz cudem udaje mi się uniknąć wszystkich pięciu. Najwyraźniej moje podświadome pragnienie dalszej egzystencji jest tak silne, iż nic nie jest w stanie go zmącić. No cóż, niektóre reakcje organizmu są niezależne od jego właściciela. Jednak napastnik się tego nie spodziewał. Z powodu wszechogarniającego mroku zupełnie nieświadomy, a może raczej nieświadoma wychodzi, przekonana, że co dopiero dokonała mordu. Niedoszła zabójczyni nazywa się Janet i już po raz piąty usiłuje mnie zamordować z zimną krwią. Ponownie jej się to nie udaje. Mam wrażenie, że to jeszcze nie koniec mojej przygody z tą kobietą, która jest potwornie uparta i przerażająco dociekliwa. 

         Wszystko zaczęło się od mojego pokoju. Siedziałam na łóżku spokojnie, w przekonaniu, że mój horror (który nota bene coraz bardziej mnie fascynował) właśnie się skończył. Odczuwałam co prawda nieznaczną ulgę, ale niestety nudziłam się paskudnie. Przywykłam do wielu wrażeń, pistoletów, granatów i zamachów. Najgorsze, że coraz częściej dochodziłam do wniosku, że mój oprawca zaczyna odczuwać przyjemność z mojego istnienia i specjalnie daruje mi życie, a te ataki to jedynie sposób na zbliżenie się do mnie. Ona psychopatyczna, ja masochistyczna. Niewątpliwie dobrana z nas para. Właśnie dlatego zaczynało mi być przykro i po prostu stwierdziłam, że Janet już mnie nie lubi. Nagle jednak moja bezceremonialna bezczynność została bezczelnie przerwana (jestem dumna z trzech słów zaczynających się na "bez" w jednym zdaniu). Usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Gdy je otworzyłam oniemiałam ze zdumienia. W progu stał niewinny listonosz, który w swych dłoniach trzymał (miałam nadzieję) nieco mniej niewinną paczuszkę. Grzecznie złożyłam swój podpis, aby potwierdzić odebranie przesyłki, pożegnałam się z sympatycznym panem i zaborczo zabrałam się do rozrywania papieru. Na mojej twarzy mimowolnie zawitał uśmiech. Nie myliłam się. A jednak o mnie nie zapomniała! Przystała mi książkę. Już piątą. Z westchnieniem ulgi zaczęłam ją kartkować szukając jakiejś wiadomości. Swoją drogą muszę przyznać, że tym razem czcionka była zniewalająca. Wracając do tematu.  Już na pierwszej stronie ujrzałam piękne, staranne pismo. Uważnie przeczytałam trzy słowa "Miłej zabawy Kochana". Powąchałam. Lawenda. Teraz byłam już całkowicie pewna, że kolejny raz ona chce mnie uszczęśliwić. 

          Chciałam być przygotowana na każdą ewentualność. Doskonale wiedziałam jak działa Janet. Nie wysyłała mi książek, ot tak, żebym umiliła sobie nudny dzień. O nie. To by było na nią zbyt proste i naiwne. Ona skrupulatnie przekazywała mi w nich swój plan działania. A raczej to jak ja powinnam się zachowywać. Właściwie, to do każdego jej szalonego pomysłu samodzielnie musiałam opracować projekt. Jest wymagająca, ale zarazem prosta. Zdaje sobie sprawę, że mój móżdżek, nie do końca przyswaja takie historie, a już z pewnością nie potrafi funkcjonować jak zbrodniarz. Właśnie dlatego wszystkie zagadki zaraz po rozwiązaniu wydają się być banalne, wręcz stworzone dla takich kryminalistycznych idiotów jak ja. Dlatego ją ubóstwiam. Choć czasem liczę na coś bardziej ambitnego, to zawsze się zawodzę. W końcu już po tylu historiach uodporniłam się nieco i wyszkoliłam. Potrzebuję coraz więcej adrenaliny i magii przestępstwa. Ale to nic. Kocham i zarazem nienawidzę Janet. Jednak wiem, że ona zdaje sobie sprawę co jest dla mnie dobre i bezpieczne. Czuję jej troskę, ale zarazem nieprzerwaną przyjemność, którą czerpie z mojego cierpienia. Właśnie dlatego, wiem, że nic mi się nie stanie. Bo sama rozkosz podczas pościgów jest przyjemniejsza niż spełnienie po dokonaniu zbrodni. 

            Muszę przyznać, że tym razem jestem pewna, iż Janet miała fantastyczny humor. Nie dość, że każdy jej szaleńczy plan był nieco zabawny, to jeszcze moja osoba dawała popalić. Nigdy nie spodziewałam się, że jestem zdolna do takich rzeczy. Czy możliwe jest, żeby dojrzeć i zgłupieć zarazem? Nie? Powiem Wam tyle, że się mylicie. Ja też się myliłam, bo myślałam dokładnie tak jak Wy. Wiec, uwaga oświecę Was. Tak. Najwyraźniej jest to całkowicie możliwe. Bo właśnie ja taka się stałam. No ale co się dziwić, skoro mącili mi w głowie, aż dwaj mężczyźni, których co najlepsze nie dopuściłam do siebie (mimo wielkiej ochoty). W każdym razie najważniejsze jest to, że moje istotne cechy nie uległy zmianie. Dzięki temu czuję ciągłość. Sentyment właśnie teraz wkradł się w moje serce i mam zamiar co nieco powspominać. Przypomniała mi się moja pierwsza historia związana z Janet, kiedy byłam przerażona jej bezwzględnością. Byłam pewna, że umrę. Teraz śmieję się na te słowa. Przecież ona mnie nie zabije. Wręcz przeciwnie. Potrzebuje mnie i chce zachować przy sobie. Owinęła sobie mnie wokół palca. A przynajmniej tak jej się wydaje, gdyż ja wciąż jestem odporna na niektóre z jej uroków. Ale skrycie to ukrywam, bo wtedy zabawa jest lepsza. 

          To jak skończyła się moja historia już wiecie. Nie będę Wam opowiadać jej całej, gdyż wolę, żebyście sami dowiedzieli się tego od owej Janet. W każdym razie jestem pewna, że umieracie z ciekawości co było potem. Właściwie to nic ciekawego. Po całej akcji trafiłam do szpitala na obserwację, potem na policję na przesłuchanie. Byłam podekscytowana, przez co wszyscy brali mnie za wariatkę. No cóż, różne są fetysze, nieprawdaż? Później najnormalniej w świecie wróciłam do domu, ponownie usiadłam wygodnie w fotelu, zabrałam się za zwyczajne, codzienne czynności. Co czuje teraz? Niewiele. Tak, nadal oczekuję następnej paczuszki. Jednak po raz pierwszy jestem zaspokojona i mam wrażenie, że już nie tęskniłabym za tymi wrażeniami. Ale Janet się ze mną nie pożegnała. Ona wtedy przecież tylko wyszła z ciemnego pokoju. Wybaczcie, muszę już kończyć. Ktoś puka znowu do moich drzwi. Czyżby to był listonosz? 

7/10

Seria o Stephanie Plum
| Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy | Po drugie dla kasy | Po trzecie dla zasady | Zaliczyć czwórkę | Przybić piątkę | Po szóste nie odpuszczaj | 

niedziela, 6 stycznia 2013

Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn - Donald Spoto

          Myślę, że część z Was już wie, że bardzo nie lubię biografii. Najwyraźniej po prostu dotychczas trafiałam na nie najciekawsze pozycje. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że "Oczarowanie" w jakimś stopniu zmieniło moje nastawienie. Z pewnością Audrey Hepburn jest szalenie ciekawą osobą, gwiazdą kina oraz po prostu wzorem dla niektórych z nas. Właśnie dlatego bardzo chciałam ją przeczytać. 

           Książka jest podzielona chronologicznie. Nie można się w niej pogubić, bo każdy rozdział to inny rok. Głównie składa się z tekstu napisanego przez Spoto, jednak sporadycznie wkradają się również listy Audrey bądź jej przyjaciół, znajomych, współpracowników i rodziny.

          Ogólnie rzecz biorąc książka mi się nawet podobała. Na pewno nie spodziewałam się tego jak bogata była przeszłość tej kobiety. Niby słyszało się o niej tak wiele, ale jednak jestem przekonana, że wielu z nas nie jest nawet świadomych jej dorobku. Co najważniejsze zapamiętałam o niej całkiem sporo informacji, a to w moim przypadku jest bardzo ciekawe, bo mam dobrą pamięć lecz krótką. A póki co jeszcze się trzymam i jestem w stanie sobie przypomnieć wiele faktów i nazwisk. 

          Początkowo byłam nią trochę znudzona. Nie mogłam się przemóc i zwalczyć ochoty czytania innych, bardziej pożądanych przeze mnie książek. Raz pokonywałam tę pokusę raz nie. Z tego powodu książkę czytałam częściami, co z pewnością było niekorzystne dla ciągłości historii Audrey i całkowitym wciągnięciu się w jej historię. Jednak większość książki, która jak dla mnie była najważniejszą częścią przeczytałam "nie przerywając innymi książkami". Przyznam, że się wciągnęłam. Szczególnie przy opisach filmów Audrey i jej romansach, które były liczne. No ale nie ma co się dziwić, w końcu była ona piękną i naprawdę bardzo urzekającą osobą. 

          Przez całą książkę cały czas przewijało się to jak wspaniała, kochana i urocza była Audrey. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w te słowa. Byłam pewna, że mówią tak o niej jedynie dla szacunku, który chcieli jej oddać ze względu na to jaką genialną i znaczącą aktorką była. Chciałam się jednak przekonać, czy to ja mam rację, czy jednak potrafiła ona zaczarować każdego. Oprócz tego, że za cel obrałam sobie oglądnięcie kilku filmów z jej udziałem postanowiłam wcześniej zrobić mały rekonesans. Z książki wiedziałam, że czasem jej rola wymagała aby coś zaśpiewała. Z racji tego, że kocham muzykę postanowiłam obejrzeć jedną piosenkę w jej wykonaniu. Nie od dziś wiadomo, że kiedy się śpiewa człowiek otwiera się całkowicie i zachowuje się bardzo naturalnie. Kiedy zobaczyłam jej wykonanie "Moon River" ze "Śniadania u Tiffany'ego" byłam w ciężkim szoku. Nie dlatego, że zaśpiewała tak wspaniale i cudownie. Tylko dlatego, że okazało się, iż faktycznie jest tak urocza. Zaczarowała mnie w niecałe dwie minuty. Po tym fakcie stwierdziłam, iż koniecznie muszę oglądnąć część jej filmów. 

          Na dodatek kiedy dowiedziałam się, że pod koniec jej życia wspierała UNICEF zupełnie uległam i stwierdziłam, że nie tylko była wspaniała, zdolna, pracowita i urocza, ale również dobra. Robiła to zupełnie bezinteresownie. Nie przepraszam. Dostawała całego dolara rocznie. 

          Wybaczcie, rozpisałam się o samej bohaterce tej książki, a powinnam coś powiedzieć o samej biografii. Czyta się ją stosunkowo przyjemnie. Niestety niektóre fragmenty są w stanie trochę zanudzić, ale w większości jest ona ciekawa. Niestety brakowało mi jednego. Trochę za dużo było suchych faktów. Taka wyliczanka. Tu zagrała taką rolę, tam taką, potem robiła to i wyszła za tego. Brakowało mi pewnej ciągłości i wartkości. Ale nie było aż tak źle. Myślę, że tę książkę można zaliczyć do typowych, całkiem przyzwoitych biografii. 

          Polecam z samego względu na Audrey, którą po prostu trzeba poznać. I później zobaczyć na dużym, bądź małym (np. komputer) ekranie. Zabierajcie się do czytania i oglądania! 

7/10


wtorek, 1 stycznia 2013

Delirium - Lauren Oliver

          Miłość. Jest to uczucie zupełnie zakazane. Uznane za paskudną chorobę, jedną z najgroźniejszych, która zabija powoli, ale bardzo boleśnie. Ta choroba leczona jest bardzo skrupulatnie. Każdy jest poddany zabiegowi, dzięki któremu już nigdy nie będzie w stanie kochać. Dzięki któremu nawet samo słowo "miłość" będzie wywoływało poczucie łamania prawa. Wyobraźmy to sobie. Przerażające nieprawdaż? Powiedziałabym, że bestialskie, wręcz nieludzkie. Prawda miłość boli. Prawda miłość wyniszcza. Ale jest ona również tym czego każdy z nas potrzebuje. Daje radość, szczęście, spełnienie. Może i sprawia, że nasza koncentracja jest lekko zaburzona, a myśli wędrują daleko od miejsca, w którym obecnie powinny się znajdować. Ale czy właśnie to nie jest w tym wszystkim piękne? 

           Lena to zwykła dziewczyna. Żyje dokładnie tak jak wszyscy inni jej znajomi. Zamknięta w hermetycznym świecie, który za wszelką cenę stara się zapewnić bezpieczeństwo swoim mieszkańcom poprzez odebranie im miłości. Potencjalnie ze strony Leny nie powinno być żadnego zagrożenia. Niestety, albo stety zmienia się to, kiedy poznaje Alexa. Ten chłopak przeszedł już swój zabieg i powinien być wyleczony z delirii. Jednak prawdziwej miłości nie można pokonać i ominąć...

"Chwile szybkie jak mgnienie oka, jak trzask migawki, delikatne, piękne i skazane na przemijanie jak motyl trzepocący rozpaczliwie skrzydłami podczas wzmagającego się wiatru."

          Lauren wprowadza nas we wspaniały świat, o którym większość z nas nawet nie byłaby w stanie pomyśleć. Nikt nie myśli o tym, że na świecie nie byłoby miłości. I tu nie chodzi jedynie o taką partnerską zachodzącą pomiędzy kobietą i mężczyzną (bądź tymi samymi płciami - bądźmy tolerancyjni). Co z rodzicami, którzy swoim dzieciom mogliby nieba przychylić. A przyjaciele? Przecież ich również darzymy specyficznym rodzajem miłości. Nawet nasze pasje przestałyby mieć znaczenie. Wszystko co jest dla nas ważne to coś co kochamy. Czy potrafimy sobie wyobrazić, że tego nie ma, a nasze życie to tylko  rutyna i pustka, wypełnione jedynie obowiązkiem i powinnością posługi państwu, założenia rodziny i posiadania substytutu szczęścia. To zupełnie absurdalne. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozbawiłby siebie umiejętności darzenia kogoś, czegoś miłością.

          Język autorki jest naprawdę cudowny. Momentalnie sprawiła, że zupełnie zatraciłam się w całej historii. Nie tylko wciągnęłam się w historię. Zaczęłam się z nią utożsamiać. Mimo, że w niewielu aspektach byłam podobna do Leny, czułam, tak jakby jej życie, było moim nowym światem. Paradoksalnie, powieść która mówi o zupełnym braku emocji, jest tak mocno nimi przepełniona. Całym sercem kibicowałam Lenie i Aleksowi. Był to dla mnie zupełnie nowy rodzaj przeżycia podczas czytania książki. Nawet nie wiem jak to opisać. Czułam po prostu namacalność ich uczuć. Ich cierpienie, radość. Ich miłość. 

"Wolę zachorować i kochać chociażby przez ułamek sekundy"

              Potężne wrażenie wywarła na mnie sama miłość tych dwojga. Tak szalenie dojrzała. Byłam święcie przekonana, że osoby, które znają się od kilku dni, które są jeszcze stosunkowo młode, nie potrafią naprawdę kochać. Lecz.. myliłam się. Oni nie przedstawiali tu kolejnej młodzieńczej, przelotnej, pełnej szaleństwa miłości. Byli wyjątkowo świadomi samych siebie. Zdolni do największego poświęcenia. Ich uczucie nie było puste i płytkie. Oboje byli mądrzy i darzyli siebie całkowitym zaufaniem. Niby przez przypadek się poznali. Ale wszystko miało jakiś głębszy sens. On pojawił się po to, żeby pokazać jej prawdę, nauczyć ją kochać, żeby ją wyzwolić i uratować. Ona była po to, żeby mu uwierzyć, zaufać, spełnić jego marzenia. 

               Ta książka jest dla mnie przełomowa. Jak dotąd płakałam tylko podczas czytania "Psa, który jeździł koleją". To jest druga książka, która wycisnęła ze mnie łzy. I to w jeszcze jaki sposób. Rozpłakałam się dopiero po skończeniu ostatniej strony. Później już nie mogłam się opanować. Siedziałam i płakałam coraz mocniej, dochodząc do coraz nowszych wniosków. Podziwiając poświęcenie Alexa, zaufanie Leny. Ich miłość. Chciałabym powiedzieć więcej, ale po prostu nie mogę zdradzić zakończenia. Nie chcę. Uważam, że każdy z Was zasługuje na to, żeby poznać je w pełni samemu i poczuć dokładnie to samo co ja. Książka jest potwornie doskonała. Mimo, że byłam pewna, że nic nie może wzbudzić we mnie takich uczuć, okazało się że "Delirium" właśnie to zrobiło. Genialność to mało, żeby ją opisać. 

10/10 

"Kocham Cię. Pamiętaj. Tego nam nie odbiorom." 

Delirium
| Delirium | Pandemonium | Requiem |

niedziela, 2 grudnia 2012

Siódmy jednorożec - Kelly Jones

          Pasja jest wręcz uzależnieniem tak silnym, że często zakłada nam klapki na oczy. Tracimy poczucie tego co jest dla nas ważne, tego o co powinniśmy dbać. Podczas weny potrafimy zamknąć się w czterech ścianach (których forma i postać jest zależna od samej pasji) i zupełnie stracić kontakt z rzeczywistością. Oprócz tego, że hobby stwarza nam warunki do tego, iż możemy wykreować swój własny świat, to również pozwala na to aby odnaleźć bliskich nam ludzi, którzy zaistnieją w tym świecie. Daje nam poczucie wyjątkowości i tego, że nasze życie nie jest bezcelowe. Każdy człowiek zasługuje na coś takiego. 

           W tej książce na początku przeplatają się wątki dwóch postaci, które później łączą się w całość. Alex pracuje we francuskim Muzeum Cluny. Pojawia się przed nią niepowtarzalna szansa odnalezienia siódmej tapiserii z cyklu Dama z jednorożcem. Jake, po wielu latach pracowania na uczelni postanowił wreszcie zrealizować swoje marzenia i wyrusza do Paryża, aby spróbować zaistnieć jako malarz. Oboje z bohaterów mają już ułożone życie. Ona od siedmiu lat ma córeczkę, a on do szaleństwa kocha swoją narzeczoną. Mimo to, w mieście miłości ponownie się spotykają (bowiem na studiach byli parą) i wzajemnie sobie pomagają. Jednak z dnia na dzień ich relacja przeradza się w coś więcej. 

          Autorka w książce bardzo dobrze przeplata wątki. Książka jest na prawdę bogata gatunkowo. W pewnym momencie, kiedy Jones porusza sprawy sercowe mam wrażenie, że czytam romansidło, natomiast już za chwilę czuję się jak w powieście detektywistycznej i całkowicie zatracam się poszukiwaniach tapiserii. Mogłabym tak wymieniać dalej, ale to nie miałoby żadnego sensu. Aż trudno w to uwierzyć, że na przestrzeni prawie czterystu stron, ktoś może zawrzeć tak wiele i w tak interesujący sposób. 

          Poszukiwanie tapiserii jest niesamowicie interesujące. Jestem osobą, która choć bardzo chciałaby interesować się sztuką muzealną, nie ma na to niestety czasu. Gdy zobaczyłam tę książkę wystraszyłam się, że przez moje nieobeznanie, nie będę mogła sobie poradzić ze zrozumieniem o co w tym momencie chodzi. Natomiast Jones, która notabene jest absolwentką historii sztuki doskonale wprowadza nas na tereny tej elitarnej dziedziny. Mało tego, zainteresowało mnie to tak bardzo, że aż sama zaczęłam czytać o cyklu tych tapiserii. Oprócz dreszczyku emocji autorka zaproponowała nam jeden wielki, bogaty w informacje wykład na temat sztuki. 

          Chyba żadna porządna książka nie mogłaby się obejść bez wątku miłosnego. Tak to już jest, że zawsze coś takiego się pojawia, nie ważne w jakim stopniu autor o niej się rozpisuje. W końcu miłość jest rzeczą ludzką i dotyka każdego. Ale wracając do tematu. W tej powieści prezentowana jest miłość prawdziwa, która przeżyła całe czternaście lat rozłąki, po to, żeby w przyszłości ponownie się połączyć. Cudowne jest to, że jest ona przedstawiona w sposób szalenie dojrzały, lecz zarazem spontaniczny. Być może momentami jest nieprawdopodobna, bo takie historie zdarzają się jedynie w filmach, ale mimo wszystko przyjemnie się o niej czyta. 

          Książkę mogę bardzo polecić. Czyta się ją szybko, łatwo i przyjemnie. Przy okazji posiada ona jedną najważniejszą rzecz nie jest pusta i głupia. Przedstawia ważne wartości, a przy okazji przenosi nas w świat, który jest często trochę ambitniejszy od naszego. Myślę, że każdy komu zależy na własnym rozwoju powinien ją przeczytać. 


9/10

"(...) prawdziwe szczęście daje tylko miłość, a czasem co bywa trudniejsze otwarcie się na miłość i umiejętność jej przyjęcia."